Z najnowszym filmem Ridleya Scotta, czyli z Prometeuszem, mam pewien problem. Nie da się go chyba ocenić w oderwaniu od Obcego, a sądzę, że tak byłoby dla niego lepiej; nie jest to bowiem zły film, ale jednak zdecydowanie nie wytrzymuje porównania z legendarnym poprzednikiem. A przynajmniej nie w całości.
Prometeusz sprawia wrażenie, jakby miał być dwoma różnymi filmami. Pierwszy z nich koncentrowałby się na opowieści o naukowcach, którzy chcą nawiązać kontakt z naszymi stwórcami – obcą rasą z odległej galaktyki – oraz ich podróży badawczej. Ta część nieodparcie kojarzyła mi się z Avatarem; może pozbawionym filtru Disneya (czyli skojarzeń z Pocahontas), ale nadal zbyt ładnym, zbyt grzecznym. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że 3D bardziej zaszkodziło temu obrazowi niż pomogło. Ujęcia gór, chmur, wodospadów czy – przede wszystkim – rozpadającego się DNA wyglądały na skomponowane pod to, żeby atrakcyjnie wypaść w trójwymiarze, ale nie wnosiły nic poza tym.
Czytaj dalej →