MoherfuckerMoherowe berety idą na wojnę. Nauczyły się wtapiać w tłum. Zauważasz je, ale szybko odwracasz wzrok. Nie interesujesz się. Może kręcisz z politowaniem głową. Przechodzisz obok, myśląc o własnych problemach. A tymczasem zło już sięga po ciebie, wyciąga do ciebie swoje macki… Serio. Prawdziwe macki. Bardzo prawdziwe zło.

„Wełna z kóz angorskich” – czy taka właśnie definicja słowa moher przychodzi wam jako pierwsza na myśl? Nie ma co się czarować, wszyscy mamy zgoła inne skojarzenia. Jeśli więc do tego bogatego w przeróżne znaczenia słowa dodać niezbyt ładny angielski wyraz, zrobić z tego tytuł książki i podpisać „Eugeniusz Dębski”, serce raduje się na myśl o lekturze. Czy to będzie parodia? Będziemy bezwstydnie wyśmiewać moherowe trendy w modzie i filozofii? Nie będziemy. Ale i tak będzie się działo.


Parę słów wyjaśnienia, żebyśmy wiedzieli, z czym walczymy. W Polsce, a także ostatnio w Rosji, starsze panie i panowie dostają świra. Zamieniają się w krwiożercze bestie i w wolnym czasie bawią się w rozkładanie przypadkowych przechodniów na części. Naturalnie policja nie wie, co robić. I naturalnie pojawia się na scenie samotny (początkowo) bohater – Kamil Stochard. On wie, ki diabeł wstąpił w starsze pokolenie.

Stochard użera się z guimonami – ludźmi opanowanymi przez potwory. Łatwo nie ma. Podstępne to to, złośliwe, nie zna się na żartach, no i zabić jest potwornie (!) trudno. W Polsce Stochard popisał się swoimi umiejętnościami na tyle, że został zauważony przez towarzyszy w Petersburgu. Udaje się więc w delegację, początkowo jedynie w roli konsultanta. Już na miejscu poznaje kolejne dwie postaci, które odegrają znaczące role w dalszych wydarzeniach. Będzie także miał niewątpliwą (nie)przyjemność poznać prawdziwą tożsamość pewnej starszej, ale nadzwyczaj żywotnej staruszki…

My też poznamy ją bardzo dokładnie, bo Autor nie szczędzi nam krwistych i obrazowych opisów. Krew się leje, flaki fruwają, śmierdzi to wszystko… Koło uszu latają srebrne kule i siarczyste przekleństwa. Tak po polsku, jak i po rosyjsku. Osoby ceniące sobie piękny i wdzięczny język literacki mogą od razu zrezygnować z lektury tej książki. Zarówno narracja, jak i dialogi prowadzone są ostrym, dosadnym językiem. Podczas czytania można sobie przyswoić sporo rosyjskich słów, aczkolwiek nie polecam używania ich w rozmowach przy rodzinnym obiadku. Bohaterowie są równie mocni, jak język, którego używają. Stochard niejedno już widział, sporo przeżył, a guimony nie są jego jedynym problemem. Jego rosyjscy towarzysze, choć początkowo w ciężkim szoku, szybko przyzwyczajają się do wizji potworów z głębin w ludzkiej skórze. I wtedy zaczyna się ostra zabawa.

Początkowo Moherfucker czyta się jak kryminał. Ktoś kogoś zabił, ktoś musi odnaleźć mordercę. Potem dowiadujemy się o potworach, do kryminału dorzucamy więc garść fantastyki. Potwory należy wytropić – fragment powieści sensacyjnej, a nawet szpiegowskiej. W końcu zło trzeba zlikwidować, co jest już istnym horrorem. Prawda, że brzmi jak mieszanka wybuchowa?

Było to moje pierwsze spotkanie z EuGeniuszem Dębskim, nie jestem więc w stanie powiedzieć, czy „Moherfucker” spodoba się fanom autora. Natomiast jeżeli lubicie bohaterów, którzy nie są wzorami cnót wszelakich, jeżeli lubicie bezpardonową rąbankę, jeżeli lubicie język rosyjski – śmiało sięgajcie po tę książkę. I uważajcie na nisko latające srebrne kule!

PS. Kto chce poznać bliżej historię Stocharda i jego pierwszej przygody z guimonami? Chętnych zapraszam do lektury książki „Hell-P”, pierwszej części tego cyklu.

Wydawnictwo: Agencja Wydawnicza RUNA
ISBN: 978-83-89595-69-0
Liczba stron: 480
Wymiary: 125×195 mm
Okładka: miękka
Ilustracja na okładce: Wojciech Ostrycharz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *