Kiedy słyszę stwierdzenie, że Anna Karenina to jeden z najsłynniejszych romansów wszech czasów, wstrząsa mną spazm wściekłości. Znakomita powieść Tołstoja jest bowiem czymś dużo więcej niż tylko historią zakazanej miłości młodego hrabiego i żony wysoko postawionego urzędnika carskiej Rosji.

Anna Karenina to imponujące, obszerne, wielowątkowe dzieło, ukazujące życie rosyjskich wyższych sfer towarzyskich, funkcjonujących w ramach upokarzających, tłamszących ludzką naturę konwencji. To opowieść o wewnętrznym konflikcie, o trudnych wyborach, o pragnieniach, których realizacja wiąże się z nieuchronną klęską. Dlatego faktycznie nie jest łatwo zekranizować Annę Kareninę tak, by efekt końcowy nie okazał się łzawym romansidłem. Od wielu lat podejmowali się tego zadania różni twórcy filmowi, a w tytułową rolę wcielały się słynne aktorki, na czele z takimi gwiazdami kina jak Greta Garbo, Vivien Leigh czy Sophie Marceau. Za każdym razem rezultat był nieco inny. Tym razem z wielkim epickim dziełem Tołstoja postanowił zmierzyć się Joe Wright, który zaskoczył odbiorców zupełnie nowatorskim podejściem do literackiego pierwowzoru.

 Wright zamyka historię Anny Kareniny i hrabiego Wrońskiego w teatralnych dekoracjach, wykorzystując znany wszystkim i wielokrotnie eksploatowany motyw teatru świata. Ten wytarty nieco topos pasuje tutaj jednak doskonale. Reżyser przywołuje go, by ukazać sztuczność i fałsz towarzyskich elit carskiej Rosji, żyjących według z góry określonych reguł i schematów, mających na celu zachowanie społecznego status quo. Zasady te wiążą człowieka tak mocno, że nie może on poruszać się z całkowitą swobodą, wziąć głębszego oddechu czy podążyć za głosem natury i serca. Anna, która zapragnie pofolgować swoim namiętnościom, musi zatem skończyć tragicznie, w przeciwnym bowiem razie misternie skonstruowany, oparty na rusztowaniu konwenansów świat runie, niczym kartonowe teatralne dekoracje.

Anna-Karenina1

Kiedy oglądamy Annę Kareninę Wrighta wiemy, że to wszystko jest umowne, nieprawdziwe, sztuczne, tak samo, jak bohaterowie zdają sobie świetnie sprawę z farsy odgrywanej przez nich w codziennym życiu. Reżyser idzie nawet krok dalej, każąc swoim aktorom poruszać się w ramach finezyjnie opracowanej choreografii, opartej na motywach rosyjskich tańców. Ta choreografia, zwłaszcza w początkowych scenach, wyznacza najprostszym nawet czynnościom określony rytm i tempo, w wyniku czego postaci tańczą – tańczą zupełnie, jak marionetki, wprawiane w ruch ręką lalkarza. Podobny zabieg w ogóle mnie nie dziwi, bo przecież pomysł na jego zastosowanie urodził się w głowie człowieka, którego rodzice założyli teatr lalkowy w Islington.

anna-karenina-1828374

Joe Wright po mistrzowsku, jak zwykle w swoich filmach, kontrastuje przestrzeń otwartą i zamkniętą. W Annie Kareninie jedynym bohaterem, który porusza się poza teatralnymi dekoracjami, jest Konstanty Lewin, szlachcic rozmiłowany w wiejskim życiu i pragnący nadać egzystencji głębszy sens poprzez ciężką pracę. Tylko on jawi się jako autentyczna postać – rzeczywiście stara się robić coś pożytecznego i ma w głębokim poważaniu wielki spektakl grany przez wyższe sfery. Konstanty Lewin przechadza się zatem po polach, po przysypanych śniegiem ulicach i jeździ prawdziwymi saniami, a nie teatralną atrapą. Niestety jego wątek, w powieści rozbudowany i niemal równy pod względem znaczenia wątkowi Anny, został tutaj ledwie zarysowany, co zdarzało się także we wcześniejszych adaptacjach. Taki już los obszernych dzieł – niektórzy bohaterowie mają po prostu pecha i ich historie podlegają niezbędnej redukcji. Przestrzeń gra również ważną rolę w portretowaniu tytułowej Anny. Porusza się ona nieustannie wśród sztucznych dekoracji i nawet w scenach „wiejskich”, kiedy stoi z parasolką zanurzona po pas w wysokiej trawie, przypomina raczej postać z impresjonistycznych obrazów niż kobietę oddychającą prawdziwym powietrzem. Poczucie wykluczenia z towarzystwa i samotności podkreśla jeszcze motyw drzwi – drzwi, które widzimy nieustannie, drzwi, które pod koniec filmu ciągle zamykają się przed Anną, potęgując wrażenie klaustrofobicznego wyobcowania.

Anna-Karenina2

Pod względem wizualnym Anna Karenina jest arcydziełem. Spotkałam się wielokrotnie z porównaniami filmu Wrighta do dzieł Baza Luhrmanna i jego podejścia do sztuczności i świadomego kiczu w kinie. Dziwi mnie jednak, że nikt nie zauważył podobieństwa do obrazów innego brytyjskiego reżysera, wielkiego, kontrowersyjnego postmodernisty – Petera Greenawaya. Kiedy oglądałam Annę Kareninę, przypominały mi się filmy właśnie tego twórcy, przede wszystkim Księgi Prospera, Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek oraz Nightwatching, również poddane silnym teatralnym konwencjom. Pod względem formy Wright mnie zaskoczył i zachwycił, spodziewałam się bowiem epickiej adaptacji na miarę Dumy i uprzedzenia czy Pokuty, a nie plastycznego, wizualnego majstersztyku. Warstwa fabularna jednak pozostawia wiele do życzenia. Przede wszystkim zabrakło mi w tej historii dramatyzmu i umiejętnego zobrazowania obłędu, w jaki pod koniec opowieści popada Anna. Nie wiem, czy to wina reżysera, czy też obsadzonej w tytułowej roli Keiry Knightley, która nie do końca zdaje się pasować do Tołstojowskiej słynnej antybohaterki. I nie dlatego, że jest za chuda, jak huczą użytkownicy forów internetowych. Po prostu nie oddała emocjonalnej głębi i wewnętrznego rozdarcia, nie pokazała walki, którą Anna toczyła sama z sobą i którą to walkę przegrała. Bo przecież właśnie Anna była swoim największym wrogiem. Poza tym po tragicznym wypadku bohaterki otrzymujemy na sam koniec serię pozbawionych słów obrazów. To fakt, że obraz bywa niekiedy bardziej naładowany emocjonalnie niż dialog, jednak w smutnym spojrzeniu brata Anny czy w spokojnym uśmiechu jej męża, obserwującego bawiące się dzieci, nie można odczytać żadnej głębszej treści. Nie mówiąc już o tym, że Wright nie zamknął losów Wrońskiego, odbierając właściwie tej postaci wszelką wiarygodność. Bo czy z filmu rzeczywiście wynika, że – jak pisał Tołstoj – Anna była mu droższa niż życie?

{youtube}MZXHSCImbW8{/youtube}

Tytuł oryginału: Anna Karenina

Reżyseria: Joe Wright

Scenariusz: Tom Stoppard

Rok produkcji: 2012

Premiera kinowa: 23 listopada 2012

Gatunek: dramat

Kraj produkcji: Wielka Brytania

Na podstawie: Lew Tołstoj (powieść)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *