Mam nadzieję, że nie muszę opowiadać całego filmu? Dla przypomnienia. W 1536 roku młody MacLeod wyrusza w swój pierwszy bój. Pomimo śmiertelnych ran, wraca do świata żywych i – jak to zwykle bywało w tamtych czasach – zostaje posądzony o kontakty z diabłem, siłami nieczystymi i całą masą innych plugastw. Wypędzony z wioski, znajduje ukojenie dopiero w ramionach pięknej Heather, z którą wiedzie szczęśliwe życie do chwili, gdy na horyzoncie pojawia się Sean Connery w cudacznym stroju i rzecze: „Nie możesz utonąć głupcze. Jesteś nieśmiertelny!”. Widz, oglądający film po raz pierwszy, wstrzymuje oddech: „zaczęło się”.
Do historii Connora MacLeod wracam bardzo często. Nie myślcie jednak, że takim poważaniem cieszy się każdy film ze szczyptą fantastyki. Nikt mnie nie zmusi do wielokrotnego oglądania zielonego potwora, czy pająka bujającego się na linie. Przy całym szacunku ale nie dorastają oni do pięt bohaterowi w kraciastej spódniczce. Dlaczego?








