Współpraca

 TVNights

Yggdrasil - portal o grach bmmo

Kroniki Fallathanu - Prawdziwy mmoRPG w przeglądarce

LineCladis

Kopia KawernaButton

Free4Edu.info - darmowe programy i pomoce dydaktyczne

bestsellery NET

Tania-Ksiazka

 

Przełom lat 50. i 60. We Francji otworzył nową kartę w dziejach kinematografii francuskiej. Początki zmian, które przypadają na ten okres, mają swoje korzenie m.in. w artykułach zamieszczanych między 1951 a 1959 w Cahiers du Cinéma. Odpowiedzialny był za nie krytyk i artysta François Truffaut oraz część z jego kolegów z branży. W śród niech pojawiają się takie nazwiska jak: Rivette, Resnais, Chabrol, Varda, Malle, Rohmer, Melville, Godard. To oni odpowiedzialni są za powstanie zjawiska Nouvelle Vague, czyli Nowej Fali. W 1960 roku ostatni z nich, Jean - Luc Godard stworzył swój pierwszy fabularny film Do utraty tchu, Owo dzieło niemal od razu stało się symbolem i głosem Nowej Fali wprowadzając kino francuskie w specyfikę nowoczesności.

W ostatnich latach coraz częściej przejawia się artystyczne zainteresowanie miastem. To niezwykle istotne, gdyż jak piszą w książce Niepoprawni wizjonerzy, architekci Ben van Berkel i Caroline Bos: Miasto reprezentuje naszą kulturę1. Obecnie pojawia się również zagadnienie obecności miasta w filmie. Zdaniem niemieckiego reżysera, teoretyka i krytyka filmowego Wima Wendersa: Film jest kwintesencją kultury miejskiej, która powstała w końcu XIX wieku i rozkwitła w momencie pojawienia się światowych metropolii2. Kino i miasta powstawały i dojrzewały w tym samym czasie. Film jest świadkiem najróżniejszych procesów, zjawisk zachodzących w obrębie miast. Widział zarówno zniszczenia wojenne, jak i przekształcanie się miast w nowoczesne, zatłoczone metropolie.

jamesNazwisko Jamesa Bonda jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych w światowej popkulturze. Nie każdy wie jednak, że jeszcze całkiem niedawno należało do zupełnie realnie istniejącej osoby, znanej w pewnych kręgach, jednak bynajmniej nie z licencji na zabijanie... Człowiek, który zainspirował Iana Fleminga, twórcę postaci Jamesa Bonda, był... ornitologiem.

Prawdziwy James Bond przyszedł na świat 4 stycznia 1900 w Filadelfii. Uczył się w Delancey School, a następnie w prestiżowej St. Paul's School w Concord, New Hampshire. Po śmierci matki razem z ojcem przeniósł się do Anglii, gdzie uczył się w Harrow a potem studiował w Cambridge. Łącznie w Anglii spędził osiem lat.

Philip K. Dick był naprawdę niezwykłym człowiekiem o bardzo pogmatwanej biografii. Niezwykle płodny pisarz o wizjonerskich pomysłach, oryginalnej wizji literackiego świata, rzadkiej zdolności tworzenia intrygujących, zaskakujących fabuł i misternie utkanych spisków. Jednocześnie prywatnie był człowiekiem bardzo "trudnym" – stronił od ludzi, nie potrafił ułożyć sobie dobrych relacji z kolejnymi żonami, nadużywał alkoholu i narkotyków. Na domiar złego miał poważne kłopoty ze zdrowiem – zarówno fizycznym jak i psychicznym. Wszystko to sprawia, że jako człowiek bywa oceniany bardzo skrajnie – wielbicielki i wielbiciele jego prozy widzą w nim często kogoś na kształt szalonego geniusza, człowieka, którego nadmiar talentu doprowadził do obłędu, albo może odwrotnie – którego obłęd inspirował do genialnych rzeczy. Przeciwnicy Dicka z kolei lekceważą go jako wariata, a jego prozę uważają za wytwór chorego umysłu, nie warty uwagi.

O ile nad kwestią geniuszu zawsze można dyskutować, prozę zaś – lubić lub nie, lekceważenie Dicka jest, w moim odczuciu, głęboko niesprawiedliwe. Zresztą – jego twórczość broni się sama; wciąż bardzo popularna, mino upływu lat; nadal ekranizowana, analizowana, czytana. Z pewnością jednak łatwiej ją zrozumieć, kiedy się bliżej pozna demony, jakie siedziały w głowie Dicka, a do tego prosta łatka "geniusz – ekscentryk" lub "po prostu wariat" nie wystarczy.

Philip K. Dick był niezwykle płodnym pisarzem. Stworzył kilkadziesiąt powieści i kilkaset opowiadań. Dla każdego ze swoich utworów kreował odrębne postacie; główną rolę zawsze grała jednak opisana w tekście wizja świata i intryga, w którą wplątani byli bohaterowie. Dick miał ogromną liczbę oryginalnych pomysłów i choć w jego twórczości często pojawiają się te same motywy, potrafił za każdym razem ujmować je w różnorodny sposób.

Jego pisarstwo było wizjonerskie. W przeciwieństwie do większości autorów fantastyki, których pomysły często były wtórne lub naiwne, Philip K. Dick potrafił z jednej strony nakreślić wizję przekonującą i niepokojącą, z drugiej – opatrzyć ją intrygującymi szczegółami, z których niejeden wówczas był fantastyką, dziś zaś stanowi całkiem realną prognozę jutra, przestrogę lub... fakt dokonany.

Fanem Richarda Mathesona byłem na długo przed tym, zanim w ogóle dowiedziałem się o jego istnieniu. Tak, zdaję sobie sprawę jak to brzmi, ale cóż Wam na to poradzę? Kiedy po raz pierwszy, przez szparę w drzwiach i w lustrzanym odbiciu, oglądałem Omega man z Charltonem Hestonem, nie miałem przecież pojęcia, kto stoi za tą historią.

Podobnie miałem z Pojedynkiem na szosie, który do dziś uważam za jeden z pięciu najlepszych filmów Spielberga. Byłem fanem historii, wiernym kibicem mathesonowskiego everymana, który choć nazywał się różnie, pochodził skądkolwiek, zwykł też chwytać się różnych zawodów, był tym samym, zagubionym, przerażonym, ale zawsze zaradnym sobą. Oczywiście wtedy nie dostrzegałem tego podobieństwa. Byłem dzieckiem, na litość!

Chcąc jak najlepiej poznać i zrozumieć twórczość Philipa K. Dicka, warto choć trochę poznać jego biografię. Miała ona bowiem ogromny wpływ na jego twórczość, a znając pewne szczegóły z życiorysu autora, możemy zupełnie inaczej spojrzeć na jego dorobek.

Znak zapytania w tytule w zasadzie nie jest potrzebny. Zostawiam go tam jednak na wypadek, gdyby tekst ten trafił pod strzechy tych, którzy wciąż odmawiają fantastyce prawa do etykietki "literatura z górnej półki”.

To właśnie kwestionowanie tego prawa w latach 50’ i 60’ XX wieku było jedną z przyczyn początkowych niepowodzeń Dicka na czytelniczym rynku – jego twórczość miała na samym wstępie utrudnioną walkę o popularność i uznanie właśnie dlatego, że wiele osób z lekceważeniem odnosiło się do fantastyki.

Literatura kobieca. Literatura feministyczna. Z pewnych przyczyn te określenia wywołują ironiczny uśmiech na niejednej twarzy, w szczególności męskiej. Jako kobieta, z bólem serca muszę przyznać rację tym, którzy z dystansem podchodzą do wydawnictw oznaczanych tego typu etykietami. Są jednak autorki, których nazwiska napawają dumą z przynależności do płci pięknej. Jedną z nich jest Manuela Gretkowska.

Niniejszy tekst jest raczej przeznaczony dla osób, które dopiero poznają twórczość Stanisława Lema. Chciałabym im, po prostu, co nieco polecić.

Przegląd jest subiektywny, bo mój własny. Obcowanie z prozą Lema jest jednym z najważniejszych elementów mojego czytelniczego życia, bardzo ważnym przeżyciem, które trwa, bo nie poznałam jeszcze wszystkich jego książek. Wśród tych, które znam, są jednak takie, którymi szczególnie chętnie podzieliłabym się... z każdym. Dlatego wybrałam dla Was kilka. Na początek.

Stanisław Lem był pierwszym pisarzem fantastyczno–naukowym, z jakim się zetknęłam. Wyśrubował moje wymagania. Zachwycił mnie znakomitym stylem, otwartym umysłem, znajomością ludzkiej natury oraz... poczuciem humoru.

Zacznę, bezczelnie, od osobistej anegdoty.

30 listopada 1979 roku to jedna z ważniejszych dat w historii muzyki rockowej. Tego dnia bowiem ujrzał światło dzienne niezwykły, wręcz kultowy dwupłytowy album brytyjskiej grupy rockowej Pink Floyd, The Wall.

Ściana, bo pod takim tłumaczeniem jest również znany w Polsce, to album koncepcyjny w konwecji rock opery, a jednocześnie jest to ostatnia płyta zespołu nagrana w klasycznym, czteroosobowym składzie. Na podstawie albumu w 1982 roku powstał film Pink Floyd The Wall w reżyserii Alana Parkera.

Album okazał się jednym z najlepiej sprzedających się w historii muzyki rockowej (23-krotna platynowa płyta) i wywarł znaczny wpływ na muzyków z kręgu rocka. W 2003 album został sklasyfikowany na 87 miejscu listy 500 albumów wszech czasów wg magazynu Rolling Stone.

© 2016 Oblicza Kultury. All Rights Reserved.