Współpraca

 TVNights

Yggdrasil - portal o grach bmmo

Kroniki Fallathanu - Prawdziwy mmoRPG w przeglądarce

LineCladis

Kopia KawernaButton

Free4Edu.info - darmowe programy i pomoce dydaktyczne

bestsellery NET

Tania-Ksiazka

 

Tato, ale przecież to oni zaczęli.
Jasne, że oni - kiedy pewien czarnoksiężnik zmieszał w kotle ich frustracje, kiedy unosili ręce przystrojone opaskami, chodzili na wiece, budowali drogi, przyklaskiwali każdemu zdaniu wodza, rozbijali witryny sklepów, latali bombowcami i zrzucali z nich bomby. To oni zaczęli. I gdzie są teraz? Gdzie jest ta rasa panów, która podbijała świat? Bo przecież nie są to ci żałośnie ubrani, cherlawi troglodyci wlokący się poboczem zniszczonej drogi.

W świecie, w którym szarość i monotonia odciskają piętno na prawie każdym z nas, należy dziękować za pisarzy potrafiących znaleźć w nim odrobinę magii. Jonathan Carroll jest niewątpliwie jednym z nich. W jego powieściach magia mieszka za ścianą rzeczywistości, a Kości księżyca nie są w tej mierze wyjątkiem.

Śmierci nie ma, jest tylko iluzją. Czas także jest iluzją. Każda chwila, która raz zaistnieje, nigdy nie mija*

Nastała Faza Hobarta, czas odwrócił swój bieg. Żyjemy w świecie, w którym na powitanie mówi się "żegnaj", a rozstaje z uprzejmym "witaj". Posilamy się – ze smakiem wymiotując jedzenie, które odstawiamy potem do lodówki, wdmuchując dym w niedopałki, odtwarzamy kształt papierosa. Nastał czas zapowiedziany w Biblii. Pod ziemią budzą się umarli.

Choć wiem, że nie należy oceniać książek po ich wyglądzie, moja początkowa fascynacja najnowszą powieścią Jonathana Carrolla ma swoje korzenie właśnie w zachwycie nad okładką. Jest tak sugestywna i prosta, że mogłabym wgapiać się w nią godzinami i odkrywać ten niesamowity układ linii. Już ona zwiastuje nam, że treść będzie nie mniej zawiła od linii papilarnych rozsianych na dłoni starego człowieka.

Przygodę z McCarthym rozpoczęłam od powieści Dziecię boże, która wstrząsnęła mną dogłębnie. Od tamtej pory dozuję sobie prozę tego utalentowanego, amerykańskiego pisarza, bo wiem, że każde jego dzieło wymaga długiego czasu trawienia. Jednak w momencie, w którym zobaczyłam wznowienie jednej z jego najbardziej osławionych powieści, nie byłam w stanie się na nią nie skusić. Bo choć McCarthy jest autorem wymagającym i boleśnie doświadczającym każdego swojego czytelnika, ma w sobie coś hipnotycznego, co nie pozwala o nim zapomnieć.

Wydawać by się mogło, że kwestia rasizmu i segregacji rasowej, jakże często poruszana na kartach literatury, jest - podobnie jak Holokaust - tematem przepracowanym, o którym nie sposób już powiedzieć nic nowego i odkrywczego, który niczym więcej nas nie poruszy, nie zaskoczy, nie wpłynie na nasze życie czy sposób postrzegania świata. Kiedy jednak sięgam po książkę taką, jak Sucha sierpniowa trawa, uświadamiam sobie, jak ogromny potencjał w niej drzemie. Ludzka głupota, bezmyślność i okrucieństwo nigdy nie powinny przestać nas poruszać i szokować - obojętność i przejście nad nimi do porządku dziennego w jakimś sensie czynią nas współwinnymi zła, jakie wywołują. Debiutancka powieść Anny Jean Mayhew - niełatwa, wyczerpująca emocjonalnie i boleśnie prawdziwa, zwracając uwagę na ludzką krzywdę, jednocześnie nas na nią uwrażliwia.

Ponieważ istnieje. W ten sposób jeden z najwybitniejszych alpinistów ery międzywojennej, Anglik George Mallory, odpowiedział na pytanie dziennikarzy o sens zdobywania Mount Everestu. I jak to zwykle bywa ze słowami nie do końca przemyślanymi, rzuconymi pod wpływem chwili, rozdrażnienia, zdenerwowania - na zawsze przeszły one do historii. Lakoniczność tej frazy, jej przewrotność, ale przede wszystkim fakt, że szokująco trafnie charakteryzuje osobowość każdego z tych, dla których zdobywanie kolejnych szczytów stanowi sens życia, sprawiły, że stała się mottem alpinistów, najprostszym, ale i najprawdziwszym wyjaśnieniem pasji gnającej ich w najbardziej niedostępne zakątki Ziemi. Ponieważ istnieje - oto jedyny, autentyczny powód, by eksplorować i zdobywać, nawet za cenę własnego życia.

Albo się na starość robię sentymentalna, albo ostatnio mam niebywałe szczęście do wyjątkowo pięknych, wartościowych lektur. Takich, co to z każdym przeczytanym zdaniem coraz głębiej zapadają w serce, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Takich, które po odwróceniu ostatniej strony upewniają w przeświadczeniu, że życie bez nich byłoby dużo uboższe, choć może i łatwiejsze. Takich, które znajdują szczególne miejsce w mojej pamięci. Przed paroma dniami do ich grona dołączyła powieść autorstwa Julii Alvarez, Czas motyli. Ta Amerykanka dominikańskiego pochodzenia, której rodzina na początku lat 60-tych uciekła z kraju przed represjami krwawej dyktatury Rafaela Trujillo i dzięki temu prawdopodobnie ocaliła życie, spędziła młodość w cieniu tych, które nie miały tyle szczęścia.

Co przyciąga czytelnika do konkretnej książki? Odpowiecie, że zarys fabuły podany przez wydawcę na tylnej okładce, rekomendacje znanych ludzi i poczytnych czasopism, sugestywna i dobrze dobrana okładka, znakomite recenzje. Zgodzę się z Wami, dodając jeszcze jeden powód: intrygujący tytuł. Lubię, kiedy jest on nie wymyślny, patetyczny czy szokujący, obliczony na łatwe zwrócenie uwagi, a przy tym najczęściej kompletnie nieadekwatny do treści książki, lecz nieoczywisty, wieloznaczny, a raczej nabierający znaczenia w miarę rozwoju fabuły; taki, o którym po zakończeniu lektury - i dopiero wtedy - możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że trafia w samo sedno, że zawiera w sobie całą głębię treści, jej kwintesencję.

Wielki Chan usiłował wczuć się w grę: ale teraz wymykał mu się jej cel. Każda rozgrywka prowadzi do wygranej lub przegranej: ale czego? Co jest prawdziwą stawką?

Gdyby istniały galerie sztuki przeznaczone dla książek, Niewidzialne miasta zajmowałyby w nich dobrze wyeksponowane miejsce.

© 2016 Oblicza Kultury. All Rights Reserved.