Współpraca

 TVNights

Yggdrasil - portal o grach bmmo

Kroniki Fallathanu - Prawdziwy mmoRPG w przeglądarce

LineCladis

biuro rachunkowe mrągowo

Zbiór opowiadań Marzycielka z Ostendy to moje kolejne spotkanie z twórczością francuskiego prozaika i dramaturga Erica-Emmanuela Schmitta. Za każdym razem, kiedy sięgam po jego książkę, mam nadzieję na prawdziwą literacką ucztę, powtórkę niezwykłych doznań, jakimi zdobył moje serce za sprawą znakomitej Ewangelii według Piłata, genialnego Mojego życiem z Mozartem czy zachwycających Intrygantek. Mogłabym bez przeszkód uwielbiać Schmitta, gdyby nie fakt, że jest pisarzem nierównym, a jego twórczość równie często stanowi przykład literatury najwyższych lotów, jak i ociera się o kicz i banalne filozofowanie w typie Coelho, zaś granica między jednym i drugim z każdą kolejną lekturą coraz bardziej się zaciera, moim zdaniem na niekorzyść autora. Najlepszym tego przykładem jest zupełnie przeciętna, rozczarowująca Trucicielka, do której niniejszym dołączyła, nadwątlając poważnie mój entuzjazm i potęgując zawód, Marzycielka z Ostendy.

Ja nie istnieję, powiedział sobie. Nie ma Jasona Tavernera. Nigdy nie było i nie będzie. Do diabła z moją karierą – po prostu chcę żyć. (…) Znalazłem się na dnie, pomyślał. Nie mogę nawet zapewnić sobie fizycznego istnienia. Ja, człowiek, który wczoraj miał trzydziestomilionową widownię. Pewnego dnia jakoś ją odzyskam, ale nie teraz. Najpierw mam ważniejsze rzeczy do zrobienia.
Jednego dnia był na szczycie list przebojów, a jego wieczorny program oglądało 30 milionów widzów spijających mu każde słowo z ust, drugiego budzi się w obskurnym pokoju hotelowym, nie wiedząc, jak się tam znalazł. Pamięta kim jest, to Jason Taverner niezrównana gwiazda sceny muzycznej, której płyty sprzedają się w milionach egzemplarzy, niestety nikt poza nim nie może tego potwierdzić. Taverner po przebudzeniu z płytkiego snu oficjalnie przestaje istnieć, a to, że wydaje mu się, że jest, kim był jeszcze wczoraj, równie dobrze może być bełkotem szaleńca...

Podobno współczesny czytelnik nie jest organicznie zdolny do przeczytania Anny Kareniny. Stąd zapewne wysyp zagłodzonych objętościowo i intelektualnie książeczek, ze zredukowanym do granic możliwości opisem. Mam szczerą nadzieję, że tych organicznie zdolnych jednak trochę jeszcze po świecie chodzi i ci skuszą się na Niewidzialny most Julie Orringer. Naprawdę warto. To blisko siedemset pięćdziesiąt stron wybitnej, genialnej prozy. Drobnym drukiem.

Południowoafrykańska pisarka Nadine Gordimer dołączyła do grona laureatów i laureatek literackiej Nagrody Nobla nieprzypadkowo: ta zaangażowana w zwalczanie apartheidu członkini Afrykańskiego Kongresu Narodowego w swojej twórczości porusza kwestie konfliktów społecznych i politycznych nękających nie tylko jej kraj, ale i cały kontynent afrykański, oraz - co ciekawsze - sprawy psychologicznych następstw systemu apartheidu.

On jest gentlemanem o nienagannych manierach, dyplomatą o aparycji wzbudzającej szacunek i respekt, zaś bohaterowie jego powieści to często ludzie z marginesu, posługujący się językiem, który zdecydowanie nie pasuje do wizerunku ich poważnego twórcy. Może to właśnie ten mezalians sprawia, iż książki tego autora są bardzo popularne nie tylko w jego rodzimej Hiszpanii, ale i na całym świecie, nie wyłączając również naszego kraju. Przyczynia się do tego również spójna konstrukcja, bardzo charakterystyczni protagoniści czy kipiąca humorem akcja. I choć wachlarz niedociągnięć głównych bohaterów jest ogromny, to nie brakuje im uroku, wdzięku i siły przebicia. Mimo swej nieudolności, braku wiedzy i obycia, budzą u czytelnika sympatię, a na twarzach wywołują uśmiech. Czy wiecie już, o kogo chodzi? To Eduardo Mendoza i postaci jego najnowszej powieści Awantura o pieniądze albo życie, a wraz z nią powrót jednego z najciekawszych bohaterów – bezimiennego fryzjera damskiego-detektywa.

Albo Bóg widział wszystko, co się działo, ale go to nie obchodziło - czyli dopuścił się zaniedbania karalnego. Albo też brał w tym wszystkim czynny udział, podsuwając mi pomysły, nie powstrzymując wtedy, kiedy mógł - co czyni go współsprawcą. Tak czy owak, jest zbrodniarzem, przestępcą wojennym.

Nazwać Alice Munro genialną pisarką to stanowczo za mało. Munro tak dobrze zna naturę ludzką, tak wiele wie o człowieku, iż niekiedy odnoszę wrażenie, że pisze o mnie i bliskich mi ludziach. Munro jest w tym przerażająca. Munro jest w tym zachwycająca. Munro nie musi konstruować zawiłej fabuły, prowadzić wartkiej akcji i rozbijać swoim bohaterom głów o ściany. Nie potrzebuje wampirów i zombiaków. Wystarczy te kilka zdań, parę wgniatających w fotel puent, które tną jak ostrze noża. Zdań przenikających na wskroś istotę człowieczeństwa. Drogie życie to prezent pożegnalny Alice Munro dla swoich czytelników. Autorka odchodzi na emeryturę, reszta jest milczeniem. Trudno wyobrazić sobie piękniejszy podarunek.

Życie w słoiku. Ocalenie Ireny Sendler to jedna z tych książek, których nie można tak po prostu przeczytać. Należy ją raczej przeżyć emocjonalnie, przepracować intelektualnie, wchłonąć zmysłami, przyswoić na wszelkie dostępne człowiekowi sposoby. Jest to bowiem pozycja pod każdym względem nadzwyczajna – powstała w nadzwyczajnych okolicznościach, opowiada o nadzwyczajnej bohaterce wojennej i o nadzwyczajnych amerykańskich uczennicach, które tę nieznaną światu kobietę ocaliły od zapomnienia. Każdy powinien przeczytać Życie w słoiku. Każdy. A ci, którzy urodzili się i mieszkają w kraju nad Wisłą – najlepiej kilka razy.

© 2016 Oblicza Kultury. All Rights Reserved.