Współpraca

 TVNights

Yggdrasil - portal o grach bmmo

Kroniki Fallathanu - Prawdziwy mmoRPG w przeglądarce

LineCladis

Kopia KawernaButton

Free4Edu.info - darmowe programy i pomoce dydaktyczne

bestsellery NET

Tania-Ksiazka

 

Gillian Flynn, wydając swoją książkę w 2012 roku, mogła nie spodziewać się takiego sukcesu, jaki dała jej Zaginiona dziewczyna, która jest zapewne najlepszą z trzech napisanych przez nią powieści (pozostałe to Ostre przedmioty i Mroczny zakątek). Nietuzinkowa, wielopłaszczyznowa intryga z zaskakującym finiszem. Taką historią musieli zainteresować się reżyserzy, w tym wypadku prawa do ekranizacji zakupił David Fincher znany z realizacji takich filmów jak Podziemny krąg, Gra, Siedem, czy Dziewczyna z tatuażem.

Dzisiejsze horrory potrafią raz a dobrze zatrzeć w naszej świadomości fakt, iż film był, jest i zawsze będzie sztuką – nawet film z gatunku, który ostatnimi czasy lubuje się przede wszystkim we flakach i mało rozwiniętej fabule. Jednak niektóre dzieła całkowicie przeczą współczesnym tendencjom, udowadniając wiernym widzom, że horror potrafi być nie tylko przerażający, ale także niepokojąco piękny.

Czego oczekujemy od przeciętnego horroru? Dreszczyku emocji, czasem brutalności a czasem zawikłanej zagadki, która swoim niekonwencjonalnym rozwiązaniem spowoduje u nas niekontrolowane opadnięcie szczęki. Rzadko jednak oczekujemy od tego gatunku czegoś, co automatycznie przypisujemy tak zwanym filmom poważnym, takim jak dramat czy film psychologiczny. Mowa oczywiście o przekazie – myśli, która skłoni nas, widzów, do refleksji nie tylko na temat obejrzanej produkcji, ale także spraw ogólnoludzkich. Tego nie spodziewamy się po horrorach, utożsamianych z filmami klasy B, bzdurnymi historiami nie mającymi żadnego przełożenia na nasze życie, a tym bardziej poglądy. Jak mamy zatem traktować dzieła, w których reżyser prócz przerażenia i dyskomfortu stara się nam także podsunąć pewną myśl – ogólną, lekko tylko zarysowaną, acz istotną? Między innymi to pytanie nasunęło mi się po obejrzeniu krótkometrażowego filmu Jona Knautza Still Life.

Często to co najprostsze, jest w stanie wystraszyć nas najbardziej. Boimy się nieskomplikowanych historii, opowiadanych szeptem przy zgaszonych światłach. Nawet gdy domyślamy się zakończenia, dreszcze ogarniają całe nasze ciało – bo to co proste, jest też najbardziej możliwe. Ta teoria idealnie dopasowuje się do krótkiego filmu Brendana Muldowney’a Dziesięć stopni.

Niemałą bolączką dla fanów i fanek horrorów jest fakt, że obecnie jedynymi filmami tego gatunku są bezmózgie produkcje z całą masą rozchlapanych po ekranie flaków, mało ambitne historie o demonach bądź remaki. Nie wiem, która z tych kategorii jest gorsza, wiem jednak, że wszystkie one pokazują nam, jak bardzo źle jest z dzisiejszym horrorem. Łapiąc się za głowę po którymś z horrorowych seansów i złorzecząc na nieoryginalnych twórców, postanowiłam pogrzebać trochę w skarbnicy wiedzy filmowej, czyli Filmwebie. Skupiłam się jednak na tych produkcjach, które są zbyt mało doceniane, uważane za niepełne. Mowa oczywiście o filmach krótkometrażowych.

Ostatnimi czasy znalezienie dobrego bądź chociażby przyzwoitego horroru jest prawie niemożliwe. Piętrzą się przed nami stosy brutalnych i bezsensownych fabuł, które nijak nie straszą, a jedynie obrzydzają. Z reguły jednak przede wszystkim śmieszą. 22 lutego do naszych kin trafi film, który trochę odbiega od powyższego opisu.

Rozpoczynając oglądanie Internatu, nie miałam żadnych oczekiwań, żadnych nadziei ani uprzedzeń. Usiadłam do tego filmu z całkowicie wolnym umysłem, co w moim przypadku jest raczej rzadko spotykane. Kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe wróciłam do swoich zajęć, ledwie tylko pamiętając, że przed chwilą przyglądałam się jakimś ruchomym obrazom. A chyba nie tak miało być...

Jako zagorzała fanka horrorów – zarówno tych książkowych, jak i filmowych – poszukuję coraz to nowych bodźców, wywołujących dreszczyki lęku i emocji. Jednak współczesne horrory raczej nie grzeszą ani inteligentną fabułą, ani nawet klimatem, polegając wyłącznie na rozlewaniu hektolitrów sztucznej krwi. Może właśnie dlatego, że nienawidzę tego braku subtelności i błyskotliwości we współczesnym kinie, zainteresowałam się filmem Szepty, który w jakimś stopniu wydał mi się światełkiem w tunelu. I, o dziwo, bardzo się nie przeliczyłam z moimi ogromnymi oczekiwaniami.

© 2016 Oblicza Kultury. All Rights Reserved.